top of page
Trzecia gęstość kobiecości Rozdział III

Trzecia gęstość kobiecości Rozdział III

katarzynatercha
10 lut
4 minut(y) czytania

ROZDZIAŁ III

STAN WYTZRYMAŁOŚCI

Z poczuciem dobrze wypełnionej misji ruszyliśmy do domku mojej babci. Szymek i Piotr szli za nami dyskutując na temat ducha Fedakowej i czy jest szansa, że ktoś jeszcze ją zobaczy. Szymon oczywiście twierdził, że nie a Piotr miał nadzieję, że jemu uda się zobaczyć nieszczęsną duszę. Babcia rozmawiała z Olgą na temat najbliższych planów a ja dałam pochłonąć się niejasnemu uczuciu, że coś w domu babci jest nie tak jak powinno. Kiedy weszłyśmy do środka, wszystko okazało się jasne. Pan Józef, mój dziadek i rodzicie siedzieli przy stole popijając nalewkę kawową mojej mamusi.

• Przyszliśmy po ziółka na przeziębienie – uśmiechnął się tatuś – ale coś poszło chyba nie tak... Aura nie sprzyja zabawom... Ciśnienie nienajlepsze.

Szymon i Piotr uśmiechnięci weszli za nami. Piotr widząc dziadka w stanie nietrzeźwym spojrzał zdziwiony.

• Dziadku – powiedział niepewnie. - Możemy wracać. W domku już nikogo nie ma...

• Oczywiście – uśmiechnął się staruszek i lekko zatoczył. - Żegnam piękne panie, a panom dziękuję za wykwintny trunek. Proszę wybaczyć ale w rączki całował nie będę. Pod wpływem to nie wypada.

Olga drugi raz zaczerwieniła się. Babcia załamała ręce a Szymek schował tylko twarz w szaliku. Widziałam jak błyszczą mu oczy radością i wiedziałam, że powstrzymywał się tylko ze względu na Olgę.

• Marysiu – odezwała się mama – odprowadź naszych gości.

• Pójdę z nimi i przyprowadzę potem Marysię – powiedział rozbawiony Szymon i zanim zdążyłam coś powiedzieć, pomógł panu Józefowi wyjść z domu.

• Dobranoc – powiedziałam i wyszłam.

Mimo usilnych próśb pan Józef nie dał się trzymać pod ręce. Szedł wesoło śpiewając Cieszyłam się, że jest z nami Piotr, bo bałam się zostawiać pana Józefa samego. Należało odprowadzić go, położyć do łóżka, położyć w bezpiecznej pozycji. Myślałam, że Piotr poradzi sobie a Szymon na pewno mu pomoże. Prawdopodobnie postawi też miskę przy łóżku... Na wszelki wypadek... Jakby nie zdążył.

• Nie powinien mieszać nalewek – powiedziałam do chłopców.

• Nie jest przyzwyczajony – stwierdził Piotr. - Od śmierci babci nie pił alkoholu. A minęły już dwa lata. A przecież to stara prawda, że zły to alkohol, który ma dobry smak i smakuje… A kawa z mlekiem… Kto jej nie lubi?

Roześmialiśmy się a pan Józef zanucił jakąś radosną, starą piosenkę.

Dwa kroki do przodu, krok do tyłu. Dwa do przodu, krok w bok. Dwa do przodu… Przystanek… Dwa do przodu… Księżyc nad nami, gwiazdy, śnieg błyszczy… Piękna, zimowa noc… Dwa do przodu, jeden do tyłu. Dwa do przodu, jeden na bok. Idziemy, spokojnie, pomalutku. Do domku już blisko… Dwa do przodu… Pan Józef zatrzymał się.

- O Matko Boska – krzyknął i chyba wytrzeźwiał – święta Tereso, święty Józefie, święty Benedyktynie, święty Antoni, święta Bernadetto… O ku… diabeł!

Po tej litanii do wszystkich świętych, uciekł. Popatrzyliśmy w stronę, w którą pobiegł, ale jego już nie było. Miałam nadzieję, że trafi do domu babci lub Olgi. Spojrzałam w kierunku fosy. I zauważyłam, że wychodzi z niej stwór. Na głowie miał rogi, nawet nie dwa, ale kilka. Cały był czarny, ciągnął za sobą coś błyszczącego. Przestraszyłam się, ale za chwilę pomyślałam, że przecież ja nie jestem świętą żeby Pan Bóg miał do mnie diabła dopuszczać. Wątpiłam też by Piotr i Szymon zasłużyli na takie spotkanie. Piotr stał wyprostowany. Czułam, że wysila wzrok by rozpoznać co to za stworzenie. Szymon roześmiał się.

- Marcinek to Ty? – zapytałam, bo postać wydała mi się znajoma.

• A cholercia rower mi wpadł do fosy a ja razem z nim – odezwał się diabeł głosem Marcinka.

• Marcinek, a mówiłem, że zima nie jest od jeżdżenia na rowerze – śmiał się głośno Szymon.

Rogi to nie były rogi tylko gałęzie. Czarny Marcinek był, bo wybłocił się cały. A błyszczący przedmiot to nieszczęsny rower, który miał wykrzywione koła.

• Marcinek –powiedziałam. – My ci pomożemy z rowerem. To wszystko to nie problem. Tylko co z panem Józefem? Gdzie my go będziemy szukać?

• Jak to gdzie? - tym razem odezwał się Piotr. - U pani Olgi. Wątpię, by w innym miejscu szukał schronienia.

Dla każdego niebo jest czymś innym. Dla Olgi niebem były małżeństwa. Jedne udane, drugie mniej. Żadna tajemnica, że miała ona sześciu mężów i wszystkich kochała ślepą miłością. Nie byli oni święci ale pewnie na swój sposób też ją kochali. Co tu dużo mówić. Olga była tak barwną kobietą, że normalny, prosty mężczyzna nie wytrzymałby z nią ani jednego dnia.

Mimo klątwy, która nad Olgą ciążyła, mężczyźni nie bali się z nią wiązać. Uważali, że warto zakończyć życie przy takiej kobiecie. Może dobrej zupy ugotować nie potrafi za to w jej kuchni było pełno słoiczków z tajemniczą zawartością… Może do sprzątania głowy nie miała, ale za to haftowane obrazy wszystkich świętych, robione swetry na drutach czy maskotki na szydełku pojawiały się i znikały z jej domu w zastraszającym tempie. Olga po tych małżeństwach miała i dzieci i wnuki. Dbała o nich, kochała i przekazała im swój talent do wyszywania. Klątwy nie przekazała żadnej córce. Wszystkie żyły szczęśliwe w związkach. I wszystko wskazywało na to, że ma zamiar zacząć przygotowania do kolejnego małżeństwa. Sądząc po spojrzeniach pana Józefa, jej plany mogły zostać zrealizowane.

Po odprowadzeniu Marcinka. Ruszyliśmy do domu Olgi. Piotr nie martwił się o swojego dziadka. Żałował tylko, że żadnego ducha nie widział jeszcze. W domu Olgi świeciły się wszystkie okna. Przywitała nas w drzwiach.

• I co to był za diabeł – zapytała – co tak Józka przestraszył?

Zauważyłam, że Olga szybko przeszła do rzeczy. To już nie był „pan Józef” tylko „Józek”.

- Marcinek na rowerze się wywrócił – odpowiedział Szymon. - Mówiłem mu, że kiedyś sobie nogi połamie. Na razie mu się udało. Przestraszył tylko naszego gościa.

• Nic nie szkodzi. Przynajmniej zaczął normalnie mówić. Już „panią” nie jestem, tylko „Olgą”. Może to i dobrze, że lekko go przestraszył. Odprowadźcie Marysię i wracajcie. Noc późna, czas do spania...

Księżyc w pełni oświetlał nam drogę. Szłam ostrożnie śmiejąc się z sytuacji.

- Wy naprawdę jesteście wiedźmami – stwierdził Piotr. - To niesamowite...


Katarzyna Tercha-Frankiewicz





 
 
 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Dzień skrzypiec Rozdział IV

ROZDZIAŁ IV Mateusz Obudził się podekscytowany. Pierwszy raz od dłuższego czasu czuł radość. Wstał wcześnie i zaczął sprzątać salon. Już jako dziecko miał pomysł na ten dom. Teraz mógł wcielić go w ży

 
 
 

Komentarze


Post: Blog2_Post
  • Facebook
  • Twitter
  • LinkedIn

©2020 by Katarzyna Tercha-Frankiewicz. Stworzone przy pomocy Wix.com

bottom of page