
Trzecia gęstość kobiecości Rozdział V
V. STAN STAŁY
Olga szybko „zwolniła” swój dom. Mimo całej sympatii do pana Józefa, nie pozwoliła na to by obcy mężczyźni chodzili po jej kuchni. Z trudem panowała nad Szymonem, który co raz pewniej czuł się między jej miksturami. Patrzyła aż wyjedzie na te swoje studia ale nic nie zwiastowało, że Szymek opuści miasteczko. Twierdził, że to ostatni semestr i nie ma aż tyle zajęć. Wyjeżdżał na kilka dni i szybko wracał. Odrabiał praktyki w pobliskiej aptece, zaglądał do Olgi, pana Józefa i Piotra. Wszędzie go było pełno. Nawet ciocia Weronika miała go dość. Zawsze był żywiołowym dzieckiem. Teraz dorósł i jego żywioł stał się jeszcze większy i dotkliwszy.
• Może jakąś dziewczynę sobie przyprowadzi – mówiła babcia do Olgi, kiedy ta przychodziła żeby odpocząć od nadpobudliwego wnuka.
- E, ja nie wiem – zmęczona Olga siadała na fotelu. - Żyje wzorami chemicznymi. Zioła mi przelewa, sprząta. Cały czas coś mu nie pasuje. Siły na niego nie mam. Weronika z nim sobie nie radzi to do mnie go wysyła.
Tu spojrzała na mnie.
- A kiedy Ty sobie normalnego mężczyznę przyprowadzisz? - zapytała. - Ten Piotr jest do rzeczy.
• Nie wiem – odpowiedziałam. – Dzisiaj ciężko o takiego. Inne czasy. A Piotr zwróciłby na mnie uwagę jakbym była duchem.
Babcia roześmiała się.
- A bo ty za ładnych szukasz – stwierdziła. -Facet ma być tylko trochę ładniejszy od diabła. Tak żebyś na zawał nie padła jak się przy nim obudzisz.
- Co prawda to prawda – przytakiwała Olga. – Przyprowadzisz takiego ładnego, spostrzegawczy on, jak jaka cholera, bo od razu zobaczy jak coś nowego kupię i potem problemy… Zobacz na swojego dziadka on nie widzi nic. A odkąd wzięliście szafę po Malinowskiej to do niej nie zagląda i spokój jest.
- A może dziadziuś widzi tylko on milczek jest i nie mówi… Z resztą to ma nie widzieć jak coś się kupi?
- A po co? – roześmiała się Olga. – Stara prawda co mi teściowa jeszcze gadała, że chłopu trza kraść i przed niego kłaść a on i tak nic nie zobaczy, ładnie mówiąc.
- I twoi wszyscy nie widzieli nowych rzeczy?
- Kochaniutka, jakby widzieli to by się ze mną rozwiedli po tygodniu a nie poumierali po kilku latach wspólnego życia.
Babcia śmiała się. Olga patrzyła to na nią to na mnie. Szczęście miały w miłości, co tu dużo mówić. Babcia z dziadziusiem żyli od wielu lat, ciesząc się sobą. Olga z każdym mężem doświadczyła radości wspólnego życia. I może to popołudnie byłoby dobre, gdyby nie Szymon, który wpadł jak burza.
- Babcia – krzyknął. - Pan Józef się pochorował. Poszedł do lekarza i wykupił jakieś syropy, tabletki. Chodźcie ze mną, bo jak na moje oko, to on nie powinien tego mieszać ze sobą.
Ruszyłyśmy za Szymkiem. W wynajmowanym domu było duszno. Otworzyłyśmy z Olgą okna. A potem spojrzałyśmy na pana Józefa. Gorączka go trzymała, kaszel dusił niemiłosiernie. Poszedł z tym do lekarki żeby coś mu dała. Pani doktor zbadała go dokładnie i stwierdziła, że już stan zapalny w płucach jest i koniecznie trzeba dać antybiotyk. Do antybiotyku jeszcze osłonkę a do tego wszystkiego leki na gorączkę i syrop na kaszel. Pan Józiu przyszedł na domu z siatką leków. Zażył antybiotyk i chciał położyć się do łóżka, ale nie było mu to dane. Mimo osłonki pół godziny spędził w łazience.
Piotr stał bezradny. Olga trzymała zabrane słoiczki. Babcia herbatki. A ja razem z Szymonem i Piotrem zaczęłam analizować skład leków. Jak już pana Józia żołądek trochę się uspokoił, babcia zaparzyła herbatkę.
- Daj mi Piotrusiu syropu – powiedział Józio do wnuka.
• Nie wiem czy to dobry pomysł – Piotr nie miała zaufania do lekarzy. - Może lepiej weź co pani Olga i pani Ania przyniosły.
• To nie jest na ziołach – powiedziała moja babcia, pamiętając o uczuleniu.
Pan Józef machnął ręką, wstał i zabrał butelkę z syropem. Wypił spory łyk i jak stał tak padł. Osunął się po ścianie.
- Matko Boska, chłopa mi zabili – krzyknęła Olga nie zwracjąc uwagi na słowa.
Podskoczyłyśmy z babcią do pana Józia i podniosłyśmy go. Nie był martwy tylko zamroczony. Położyłyśmy go na łóżku.
- Pokaż ten syrop i antybiotyk – powiedziała babcia do mnie.
Wzięłam leki i zaczęłyśmy jeszcze dokładniej analizować ulotki.
• Nie wolno ich mieszać – powiedziała babcia. – Syrop jest na spirytusie, przy tabletkach nie wolno alkoholu. Józek bał się twoich ziół a naćpał się leków i odleciał.
• Wiedziałem – stwierdził uradowany Szymon. - Jednak intuicja dobrze mi podpowiadała.
• To czego jej nie słuchałeś? - zezłościła się Olga. - Wiedzę masz a nie korzystasz z niej. Weź popatrz na Marysię. Może gubi się w ziołach ale idzie za intuicją i nie błądzi.
Olga pokręciła głową i wyciągnęła czerwony słoiczek. Dała Józiowi solidną łyżeczkę pachnącego wywaru na odtrucie. Czekałyśmy dobrą godzinę aż wróci do siebie. Biedny pan Józiu poczuł się lepiej ale lekarstw już nie dotykał. Pił mikstury od Olgi, babcine herbatki. Spoglądał na Olgę czule. Chyba wiedział jak kończyły się związki Olgi. Być może skoro przełamał lęk przed jej miksturami, to nie bał się zostać siódmym mężem?
Katarzyna Tercha-Frankiewicz


Komentarze