
Trzecia gęstość kobiecości Rozdział VI
VI. STAN OCZEKIWANIA
Listopad przyniósł wiatry i mrozy. Piotr i Szymon uczyli się do sesji, Olga spacerowała po zaspach razem z Józiem, który już nie był „panem Józefem”. Po cudownym uzdrowieniu wyznał Oldze miłość, tłumacząc się, że on za stary jest na czekanie. Olga oczywiście odwzajemniała uczucie. Przeżywali swoją kolejną młodość i miłość na oczach mieszkańców miasteczka. Córki Olgi wiedziały, że mama kogoś sobie znajdzie i nie jest zdolna do życia w samotności. Zaakceptowały Józia w rodzinie prosząc tylko by wzięli ślub. Oczywiście Olga nie myślała o życiu w wolnym związku. Była kobietą rozsądną i pobożną. Nie wiem czy bardziej rozsądną, czy bardziej pobożną, ale wiedziała, że w relacji najważniejsze są zasady.
Piotr cieszył się szczęściem dziadka i liczył na możliwość spędzania każdej wolnej chwili w jego nowym domu. Nikt nie wiedział jeszcze gdzie ten dom miał być, bo na razie wynajmowali mały domek na polu Fedakowej ale każdy spodziewał się czegoś niezwykłego. Szymon spoglądał na mnie z nadzieją, ja udawałam, że nie widzę jego spojrzeń. Oczekiwałam też na coś co ma nastąpić, gdy człowiek długo czeka.
Siedzieliśmy w tym oczekiwaniu u babci. Aż przybiegła podekscytowana Olga.
• Mam dla was niespodziankę – krzyknęła od progu.
Stała ubrana elegancko i jak zawsze skromnie. Z nową laseczką, prezentem od Józia. Laseczka miała wyrzeźbioną głowę wilka. Sprawiała wrażenie delikatnej, ale była stabilna. Olga brała ją ze tylko na wyjątkowe okazje. Babcia widząc tę laseczkę zmrużyła oczy.
- Coś ty wymyśliła? – zapytała.
- Pokażę wam coś – uśmiechnęła się tajemniczo Olga.
Szłyśmy skrótami, przez polne ścieżki. Babcia Ania zawsze powtarzała, że nimi można szybciej dojść do celu. Mi jednak dłużyło się. Teren górzysty, nieraz miejscowi sarny spotykali. Czasami ktoś mówił o wilkach czy dzikach. Babcia tylko kręciła głową.
- Od wilków jest Gromniczna – mówiła. – No a dzik, no trudno… Nic wieczne nie jest, ludzkie ciało również.
Babcia i Olga nie przejmowały się ludzkim gadaniem i natury się nie bały. Dlatego natura traktowała je jak swoje. Doszłyśmy do starego cmentarza. Minęłyśmy stare groby, grób pierwszego i drugiego męża Olgi i przeszłyśmy na nowy cmentarz. A tam Olga zaprowadziła nas do pomnika. Piękny jasny nagrobek, na nim aniołek i wyryta tablica z Matką Boską.
- Matulu – jęknęła Babcia.
Ja się tylko uśmiechnęłam… Co było robić. Olga na pięknej płycie wypisała: Olga Wiktoria Krysiwuj z domu Koniecpolska urodzona 2 października roku 1945 zmarła po szczęśliwych latach życia… i tutaj przerwa, bo Olga jeszcze żyła.
- Czy ty się na tamten świat wybierasz? – zapytała babcia.
- Nie no co ty – uśmiechnęła się Olga. – podobny Józio swojej żonie postawił i tak mi się spodobał, że też chciałam taki mieć. Tutaj już tylko datę wstawić i może jakiego wieku dożyłam, bo lata mam ładne. A jak kwiaty się postawi, to drzewo po lewej zakwitnie, po prawej mi różę posadzicie to będzie pięknie i przyjemnie. Wioletka leży obok a wyżej Krysia to wesoło mi będzie.
Babcia pokręciła głową. W milczeniu wróciłyśmy do domu. Olga podekscytowana mówiła coś o promocjach w domu pogrzebowym. Wypiła kawę, zjadła ciastko i poszła do siebie. Babcia odezwała się dopiero wieczorem. Dziadziuś wrócił i usiedliśmy do herbaty. Wtedy zaczęła wszystko opowiadać.
- Wiesz dziadek – dodala na koniec. – Ładny ten nagrobek. I jak Olga mówiła to niedrogi. Może to nie taki zły pomysł żeby sobie taki postawić…
Dziadziuś machnął ręką.
- Ja za życia jeden dom postawiłem i to mi wystarczy.
Na tym się nie skończyło. Muszę dodać, że Olga żyła długie lata. Tablicę wymieniała ze trzy razy. A to napis nie taki, a to deszcz zmył liter. Bywało, że wracała oburzona, bo ktoś jej znicza zapalił. W końcu odpuściła. Stwierdziła, że jak umrze córki nagrobek poprawią i będzie jak trzeba. A ona ma ciekawsze rzeczy do roboty jak poprawianie miejsca pochówku. A jakie to były rzeczy? Przecież po naszym mieście dusze się błąkały, ludzie chorowali, Józio planował ślub, Piotr planował częste przyjazdy a Szymon... Szymon dawał się we znaki wszystkim. Już nie tylko Oldze.
A jeszcze ten listopad. Psuł humory wszystkim, budził lęki i niepokoje. W listopadzie zawsze jak nie zdążyłam wrócić przed zmrokiem od babci zostawałam u niej na noc. Spałam pod prawdziwą białą pierzyną i patrzyłam na ściany pomieszczeń. Wtedy też widziałam, że czas zabiera nam coś cennego. Lata mijają a taki domek jak wybudowali moi dziadkowie, można znaleźć tylko w skansenie. Babcia Ania z dziadziusiem mieszkali trochę w lesie trochę między ludźmi. Dobrze im było, bo zaznawali i spokoju leśnego i ludzkiego towarzystwa. A że raczej spokój i naturę kochali urządzili swój dom tak by czuło się w nim przytulnie i bezpiecznie.
W każdym pokoju babcia miała swoje skarby. W kuchni nad drzwiami wisiała Matka Boska Karmiąca, która dom chroniła od głodu. W pierwszym pokoju była Matka Boska Gromniczna chroniąca od wilków i złych spojrzeń ludzkich (bo spojrzenie czasem też może zaszkodzić i to bardzo), w drugim pokoju stała figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem a w czwartym to już cała Święta Rodzina była. A gdy przychodziła Wigilia babcia tę Świętą Rodzinę na stole z dumą stawiała a obok opłatki i wigilijne dania. A trzeba wiedzieć, że każda z Mateczek miała swoje święto w roku, o którym babcia zawsze pamiętała.
Obraz Gromnicznej, namalowany przez babci nauczycielkę, budził we mnie największe emocje. Dziwny to był obraz. Z daleka Mateczka wyglądała jakby była łagodna i delikatna. Gdy przybliżałam się do niej jej oczy robiły się wąskie a rysy twarzy ostre. Zasypiając w pokoju spoglądałam na obraz, słuchałam jak halny wieje i czekałam na wiosnę. Wierzyłam, że z jej przyjściem wszystko się zmieni. Być może skończy się też oczekiwanie...
Katarzyna Tercha-Frankiewicz


Komentarze