top of page
Trzecia gęstość kobiecości Rozdział VII

Trzecia gęstość kobiecości Rozdział VII

katarzynatercha
12 lut
6 minut(y) czytania

VII. STAN ZAKOCHANIA




Nie rozumiem dlaczego święto zakochanych jest w listopadzie. To najbrzydszy miesiąc w całym roku. Gdyby to ode mnie zależało to wybrałabym marzec albo kwiecień. Nie ma jeszcze wiosny ale człowiek całym ciałem czuje jej nadejście. Tak było i teraz. Olga w większą werwą wpadła do babci. Cieszyła się, bo Szymon i Piotr pojechali na zajęcia a Józio załatwiał formalności w stolicy. Planował przenieść się na stałe do naszego miasteczka. Miał przyjechać z nim ojciec Piotra i przywieźć wszystkie jego rzeczy. Dziwiłam się z jaką lekkością Olga o tym opowiadała babci ale może właśnie o to chodzi. Może siła tych dwóch kobiet tkwiła w tym, że przyjmowały wszystko jako rzecz oczywistą.


W powietrzu unsił się zapach wiosny. Na polach widać było jeszcze śnieg. Nagie drzewa otaczały dom babci ale w blasku słońca nie wydawały się już takie przerażające. Wyspa, nazywana też wisielnią wydawała się powoli zielenić. Pomyślałam, że jak tylko zrobi się cieplej zapalimy tam z Szymonem ognisko. Według miejskiej legendy wyspa miała być miejscem przeklętym. Podobno tam jakiś mężczyzna powiesił się na słupie. Pomyślałam, że Piotra na pewno to zainteresuje. Ale póki co cieszyłam się na nadchodzącą wiosnę i na te uśmiechy Olgi i babci, którym ta pora roku odejmowała lat. A z nadejściem wiosny babcia wyracała cały dom do góry nogami, sprzątając wszystko.


Babcia Ania ceniła sobie porządek. I to nie tylko w sercu i duszy, ale też w domu.Od rana miała w sobie energię i czułam, że coś się szykuje. A ogromna puszka seledynowej farby tylko utwierdziła mnie w przeknaniu, że będzie to coś wyjątkowego. Okazja była idealna, bo dziadziuś pojechał z tatusiem na targ i miałyśmy cały dzień na wykonanie wielkich rzeczy.


- Marysia, dziś będziemy malować sypialnię – stwierdziła. – Wczoraj kupiłam. Spójrz, jaki piękny kolorek.


Sypialnia babci Ani do tej pory była błękitna. Jednakże teraz zamarzył jej się wściekły, wiosenny seledyn, który tak raził w oczy jak pierwsze promienie majowego słońca. Dopijając kawę, babcia opowiadała jak wszystko odświeży, pomaluje i jak meble poprzesuwa.


- Koniecznie musimy zdążyć zanim dziadek z targu wróci – stwierdziła.


To się zgadzało. Dziadziuś też cenił porządek tylko on mógłby mieszkać przez trzydzieści lat tak samo. A babcia? Babcia jak w ciągu miesiąca nie przestawiła mebli przynajmniej trzy razy to czuła, że życie z niej uchodzi.


- A co tu się dzieje? – Olga weszła do kuchni.


Odświętnie ubrana, w białej bluzce i kwiecistej sukience, prawdopodobnie wracała ze Mszy Świętej.


- Dobrze, że jesteś - ucieszyła się babcia. – Malowanie robimy. Zakładaj fartuch i do roboty. Meble trzeba gazetami obłożyć.


- Chybaś zwariowała. Ja? Widzisz, że z kościoła wracam A poza tym Józek dzisiaj ma przyjechać. Wyszykować się muszę.


- Chłop nie zając nie ucieknie. A inna sprawa do wieczora zdązymy. Mi też się śpieszy, bo jak mój z targu wróci to stracę całą przyjemność z malowania. Szybko, Olga. Czasu nie mam. Dziadek wróci to musi być zrobione. Na romantyczną kolację zdążysz a i ja zdążę zanim mój wszystko objedzie. Maryśka, zdzwoń do ojca żeby nie spieszył się i dziadka przytrzymał, bo malowanie robimy. Tylko niech dziadkowi nic nie gada.


Nie było rady. Olga zakasała białe rękawy i ubrała fartuch. Razem ze mną i babcią zaczęła rozkładać gazetę. Praca była mozolna a babcia się niecierpliwiła. Nie było szans żeby zdążyć. Po chwili babunia zostawiła mnie z Olgą i wróciła z dużym białym materiałem.


- Weźcie prześcieradło – powiedziała. – Ja będę malować a wy łapcie, co mi od pędzla będzie odpadało.


Ile naskakałyśmy się z Olgą za babcią to jeden Pan Bóg najlepiej wie. A to komodę po prababci trzeba było osłonić, a to łóżko, a to Przenajświętszą Panienkę z Dzieciątkiem. A nie daj Boże żeby na Tych ostatnich, na ich Święte Główki trochę farby z pędzla spadło. Przecież ta Mateczka to był prezent ślubny babci. Najcenniejsza pamiątka w całym domu. Jak już wszystko było pomalowane, babcia kazała nam szafę odsuwać. Spociłyśmy się przy tym jak w jakiejś chorobie a szafa jak stała tak stała. Dopiero, gdy babcia nam przyszła z pomocą stary, drewniany mebel zaczął się ruszać. Ale nie był to dobry ruch, bo po kilku niefortunnych pchnięciach, szafa spadła na łóżko. Przygniotła je mocno aż się ugięło.


- No nic. Trzeba się brać do malowania – stwierdziła babcia.


Zdążyła pomalować ostatnią ścianę, posprzątać i zetrzeć kurze. Jedynie tej nieszczęsnej szafy nie dałyśmy rady podnieść.


- Jutro wezmę mojego Józka – powiedziała Olga. – Z twoim odstawią szafę na miejsce. Jak trzeba będzie zawoła się chłopaków spod sklepu. Może Szymon i Piotr przyjadą to też pomogą. Szafa dobra, masywana. Chyba już zabytkowa...


- Dobrze – babcia pokiwała głową. – Noc prześpimy na kanapie w pokoju gościnnym.


Po robocie Olga szybko się pożegnała i poszła szykować się na powrót Józia. Ja usiadłam w fotelu. Nawet nie wiedziałam, kiedy zasnęłam. Obudziwszy się zobaczyłam jak dziadziuś śpi w otwartej szafie a babcia stoi tylko i kiwa głową.


Taki zmęczony przyszedł, że szafy nie zauważył – powiedziała. – Stwierdził tylko, że ładną, nową serwetę kupiłam, co nią telewizor nakrywam. A ta serweta to już chyba ma z dziesięć lat jak nie więcej… A ściany? Ech, może jakbym z dziesięć lat nie malowała to by zauważył…


Wstałam i otrzepałam się.


Babciu a to zdrowo tak żeby dziadziuś w szafie spał? - zapytałam. - Plecy go będą bolały.


To trzeba by było go obudzić – zamyśliła się babcia. - A daj spokój. Będzie mu niewygodnie to sam wstanie. Szkoda trochę bo na moich garsonkach się rozłożył.


Babcia machnęła rędką. Poszłyśmy razem do kuchni żeby nie patrzeć na nieszczęsną szafę i śpiącego dziadziusia. Pijąc herbatkę zobaczyłyśmy postać za oknem. To był Szymon. Ucieszyłam się, że wrócił już i od razu pomyślałam o wyspie.


Dzień dobry – przywitał się wchodząc do środka. - A jakie tu zapachy.


Napijesz się z nami? - zapytałam


Bardzo chętnie.


Wzięłam kubeczek z kolekcji babci i nalałam z dzbanka herbaty. Babcia uśmiechnęła się promiennie.


Byłeś już u Olgi? - zapytała.


Tak, ale mnie wygoniła – roześmiał się Szymon. - Stwierdziła, że porządków już ma dość, bo zrobiłyście malowanie a ona dzisiaj pana Józia ma przytwitać. Coś mi się wydaje, że nie będzie to zwykłe przywitanie. Coś za bardzo się wystroiła.


Szymon spojrzał na mnie zamyślony. Znowu zobaczyłam w jego twarzy, twarz znaną i lubianą, twarz Olgi. Musiała być kiedyś piękną kobietą. Szymon odziedziczył po niej urodę.


Marysia, może pójdziemy na spacer wiosenny – powiedział nagle. - Zobacz jak ładnie jest. I dzień już dłuższy. Brakowało mi tego w Krakowie.


Zgodziłam się, bo widziałam, że Szymka coś martwi. Wyszliśmy z domu i poszliśmy drogą pokrytą błotem. Spinaliśmy się po górzystym terenie. W milczeniu doszliśmy do krzyża a potem weszliśmy tak by widzieć panoramę miateczka. Wszystkie domy, bloki i sklepiki skupiały się przy wieżach kościoła. Po prawej stronie widać było ratusz. A wszystko to okrywały promienie słońca.


Pięknie tutaj – powiedział Szymon i odetchnął głęboko. - Wiesz, dzisiaj pan Józef oświadczy się Oldze. Ona to czuje... A ja wiem, bo Piotr mówił...


A co jeszcze mówił? - zapytałam zaciekawiona.


Pan Józef chce tutaj zamieszkać. Wyznaczyć datę ślubu. Twierdzi, że w Warszawie nic go nie trzyma, bo jest już na emeryturze. Do tej pory wykładał jeszcze na uczelni ale planuje porzucić tą pracę. Spodobało mu się tutaj.


Ma rację.


Lubisz to miejsce...


I to bardzo. Ciotki chciały żebym pojechała na studia to nich, do stolicy, ale ja nie chcę.


Szymon spojrzał mi w oczy. Coś było w jego spojrzeniu, coś co dawało poczucie bezpieczeństwa i pewności, że to miasteczko, które widzimy nigdy się nie zmieni. Zostanie takie jakie jest. Ze wszystkimi swoimi dobrymi i złymi stronami.


Zostały mi jeszcze dwa lata studiów – powiedział nagle patrząc w dal. - Chciałbym tutaj wrócić i zacząć pracę. Pan Marek mówił, że zatrudni mnie w aptece. Lata lecą a dzieci jego nie wracają. Spodobało mu się, że tyle wiem o ziołach i związkach chemicznych. Mówi, że mógłbym robić karierę gdzieś w większym mieście.


Ja nie wyjadę do większego miasta – powiedziałam pewnie.


Wiem. Dlatego daj mi powód bym mógł tutaj wrócić.


Wiedziałam jakiego powodu szukał Szymon. Spojrzałam na niego radośnie. Ta wiosna, to miasto budziło nas do życia, budziło do nowych uczuć i radości. Wzięłam go za rękę i uśmiechnęłam się.


Sama wiosna ci nie wystarczy? - zapytałam zadziornie patrząc mu w oczy.


To co stało się między nami później, było jak powiew wiosennego wiatru, jak obietnica czegoś więcej niż przyjaźń. Lekki pocałunek na wzgórzu przypieczętował dane słowo. Teraz tylko musiałam zdecydować co ja chcę robić w życiu, bo jeśli Szymon zostanie aptekarzem, to ja też musiałam mieć plan na siebie.



Katarzyna Tercha-Frankiewicz



 
 
 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Dzień skrzypiec Rozdział IV

ROZDZIAŁ IV Mateusz Obudził się podekscytowany. Pierwszy raz od dłuższego czasu czuł radość. Wstał wcześnie i zaczął sprzątać salon. Już jako dziecko miał pomysł na ten dom. Teraz mógł wcielić go w ży

 
 
 

Komentarze


Post: Blog2_Post
  • Facebook
  • Twitter
  • LinkedIn

©2020 by Katarzyna Tercha-Frankiewicz. Stworzone przy pomocy Wix.com

bottom of page